Dodano: 12 maja 2010 r., 01:01:42
Ostatnia aktualizacja: 12 maja 2010 r., 01:05:03
W labiryncie szczęścia
Gonitwa za szczęściem to najpopularniejszy maraton świata. Maraton, który trwa nieustanie, od lat, wieków, stuleci. Jedni gubią się po drodze, innym sił nie wystarczy, jeszcze inni wywalają się tuż przed metą, która i tak jest psychodeliczną fatamorganą. Jednak maraton wciąż trwa, nieustannie, a jego zwolenników wciąż przybywa.
Widziałam dzisiaj muzułmankę. Siedziała w pociągu naprzeciwko mnie. Dzień był okrutnie gorący, żar lał się z nieba lecz w moim mniemaniu, nie dla niej. Tradycyjny stój nie pozwalał jej ciału na wytchnienie.
Po drodze do sklepu widzę miejscowego pijaczka. To cudzoziemiec, który upodobał sobie właśnie ten, a nie inny market i nieustannie pod nim wysiaduje. Dzisiaj, jak zwykle zresztą, zachowuje się obscenicznie i rzuca w przechodniów słownym jadem.
Późnym wieczorem włączam komputer i pierwsze, co robię to sprawdzam pocztę, taki tam upierdliwy zwyczaj. Dzisiaj również to zrobiłam. W stercie reklam odnajduję wiadomość od znajomej. Donosi mi, że znów ma nowego faceta, tym razem o fantastycznym charakterze i apetycznym wyglądzie, jest szczęśliwa, uhahana i zresztą po raz setny jak ją znam, znalazła szczęście.
To przerażające, że my wszyscy wciąż szukamy szczęścia i święcie wierzymy w to, że je kiedyś odnajdziemy. Być może ta muzułmanka, czy ten miejscowy pijaczek, też opuszczali swój kraj, w pogoni za szczęściem? Moja znajoma, goni to szczęście od dziesięciu już prawie lat, nadal z marnym skutkiem. Patrząc na swoje życie, też nie mam się czym popisać. Ucieczka z jednego miejsca w drugie, z jednego towarzystwa w inne, z jednego światopoglądu w drugi i tak w kółko. Przypomina to raczej podróż przez labirynt. Jeszcze jedna prosta, jeszcze jeden zakręt i… rozczarowanie. Czemu jednak, pomimo to wciąż tego szczęścia szukamy? Czy pomyłka polega na tym, że szukamy go na zewnątrz? Gdzie w takim razie, jak nie na zewnątrz szukać tego skarbu mamy? Niektórzy twierdzą, że należy go szukać wewnątrz siebie, że tam skrywa się to czego nam trzeba i co nas uspokoi. Dobrze, ale po cóż nam wobec tego, świat nas otaczający? Jak uciekać od emocji, czy to radosnych, czy też smutnych, które również z „zewnętrza” pochodzą?
Pamiętam swój pierwszy dzień na włoskiej ziemi. Wszystko było takie świeże, radosne, pachnące i nowe. Oddychałam powietrzem, przyrodą, egzotyką, ludźmi. Dzisiaj tak rzadko już mi się to zdarza. Oddycham już tylko sobą. Często mijam piękne okolice nie dostrzegając nic innego, jak tylko sterty problemików wypełniających mi głowę. Skoro tak, to gdzie te niby szczęście we mnie schowane? Wewnątrz siebie widzę tylko to od czego chciałabym się uwolnić.
Możliwe, że jest jeszcze inaczej. Możliwe, że szczęście jednak jest na zewnątrz, ale ja, wypełniona „swoim światem” po brzegi, nie znajduję już na nie miejsca. Ciekawe, czy kiedy się „swego świata” pozbędę, zobaczę świat inaczej?