Fotografia ślubna Lublin
Kategoria: Społeczeństwo
Rodzaj: Felieton
Dodano: 22 lutego 2010 r., 18:32:35
Ostatnia aktualizacja: 23 lutego 2010 r., 09:28:25
Nikt nie został ranny
Trzynastka się spóźniała i nerwowo spoglądałam na zegarek. Moja córka zniecierpliwiona czekaniem zadzwoni pewnie zaraz na komórkę. Jest sygnał: „Mamo, gdzie jesteś?” - Czekaj przed bramą szkoły! Już widzę tramwaj, za chwilkę będę!
Zapchana 13-nastka z trudem pomieściła wsiadających. Udało mi się jednak stanąć przy oknie naprzeciwko środkowych drzwi - to moje ulubione miejsce w tramwaju. Większość pasażerów wysiadła na następnym przystanku. Dworzec Wschodni o tej porze jest wyjątkowo oblegany. Ludzie wracają po pracy do swoich domów w podwarszawskich miejscowościach.
Wszystkie miejsca siedzące w tramwaju pozostały jednak zajęte, bo chociaż trasa dobiegała końca, to godziny szczytu zawsze zapewniają komplet pasażerów. Stałam przytrzymując się poręczy siedzenia. Mimo woli zajrzałam do Angory czytanej przez siedzącą poniżej mnie kobietę. Pomyślałam sobie nawet, że takie sprośności, które ma przed sobą, powinno się czytać raczej w dyskretnym zaciszu domowym.
Tymczasem tramwaj skręcał w lewo, pomiędzy usytuowany frontem długi blok mieszkalny, a ogródki działkowe i zajezdnię tramwajową. Zwykle spoglądam wtedy w stronę podblokowego nieużytku, bo hasające tam dzieciaki nieraz potrafią dla zabawy rzucać kamieniami w przejeżdżające tramwaje. Ot, Praga!
Dlaczego wtedy odwróciłam wzrok w przeciwną stronę? Może zadziałała intuicja - jakiś wewnętrzny sygnał ostrzegawczy i skupił moją uwagę na tramwaju, który pojawił się jakby spod ziemi. Rzadko używane torowisko z tyłu zajezdni, osłonięte działkami, kierowało ku nam jakiś pojedynczy pędzący w szaleńczym tempie wagon.
W zdumieniu obserwowałam sytuację, a logika kazała wytężyć uwagę. Tramwaj nie hamował, a malejący gwłtownie kąt jazdy "intruza" względem naszego składu, sugerował wyraźnie, że zwrotnica znajdowała się tuż przed nami. Dalej był tylko jeden tor!
Co czuje człowiek w chwili nieuchronnego zagrożenia? Niezwykle podłe jest to uczucie. Bezradność w oczekiwaniu na najgorsze i świadomość, że cokolwiek się zrobi w tej ostatniej sekundzie, to i tak nie ma się wpływu na to, co ma nastąpić.
Skamieniała, chwyciwszy się oburącz poręczy siedzenia nad głową zaczytanej współpasażerki, czekałam…
Potężne uderzenie poprzewracało ludzi nieświadomych sytuacji - stojących, zaczytanych, zamyślonych. Następne pozrzucało z plastikowych foteli tych, których siły były zbyt słabe, by się utrzymać na miejscu.
Tramwaje zdawały się walczyć ze sobą o miejsce na szynach i szarpiąc wzajemnie, zabawiały się jakby zgromadzonymi w środku pasażerami. Trzymając się kurczowo swojej poręczy, obserwowałam ludzi bezradnie przesuwających się obok mnie, by dokończyć ten dziwny stan nieważkości na stosie leżących już z przodu wagonu ludzi. Przypomniały mi się sceny z „Titanica”, kiedy po pochylonym pokładzie tonącego statku bezradni pasażerowie zsuwali się w otchłań.
Pamiętam moment zwątpienia, które pojawiło się, kiedy kolejne szarpnięcia i uderzenia zdawały się nie mieć końca. Wszak mój umysł przygotował mnie na jedno, potężne, ale pojedyńcze uderzenie. Rzeczywistość zaś trwała i zdawała się nie mieć końca. Boże! Więc to taki mój kres?
Krzyki ludzi nie podnosiły na duchu: „Jezuuu!” Niosły się pod niebiosa i chyba zostały wysłuchane, bo nagle wszystko ustało. Cisza. Teraz już ze złorzeczeniami, dla odmiany, na ustach, ludzie podnosili się wzajemnie i w przerażeniu sprawdzali stan swoich kości. Poobijani, pomazani pośniegowym błotem z podłogi, głośno wyrażali swoje opinie na temat obu motorniczych.
Drzwi naprzeciwko mnie zabarykadowane były tramwajowym intruzem. Wcisnął się pomiędzy nasz wagon, a metalowe ogrodzenie zajezdni tramwajowej i zapewne to wyhamowało ten rajd ku śmierci. Tym bardziej pewny, że z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie kolejny tramwaj, a nasz dwuwagonowy skład usytuowany już był w najgorszym z możliwych miejscu na przyjęcie skroniowego zderzenia.
Całości koszmaru dopełnił krzyk jednego z pasażerów: „Zaraz wybuchnie benzyna”! Jaka benzyna? - Pomyślałam. Paliwo w tramwaju? Pojawił się jednak dym i to zapewne wywołało panikę, a słowa potraktowano poważnie. Nie próbowałam już rozumować na temat mechanizmów tramwajowych, ale wyobraziłam sobie swoje dziecko zbliżające się do ewentualnego miejsca wybuchu i poddałam się ogólnemu nastrojowi. Grozy dopełniały zablokowane drzwi. Udało się jednak wyważyć ostatnie z nich i tłum zmaltretowanych ludzi w pośpiechu opuścił wagon.
Kiedy w wieczornej, króciutkiej wzmiance telewizyjnej lakonicznie podano, że nikt nie został ranny, uśmiechnęłam się z zażenowaniem. Panika, którą obserwowałam, była w stanie nieść ludzi z zagrożonego wybuchem miejsca, nawet na połamanych kończynach. Rozpierzchli się jak stado przepłoszonych gołębi.
W Internecie znalazłam komentarz dotyczący zdarzenia. Rozbawił mnie, ale nie do końca:
Zderzenie tramwajów na Pradze. Wykolejone wagony
Autor: Gość: Aga …………. 20.02.10, 10:02
Moj mąż jechał ta 13-stką i od wczoraj mam przez to przechlapane, gdyż zacierpiał na "syndrom ocaleńca". Cały czas powołuje się na traumatyczne przeżycie i cudowne ocalenie i w związku z tym odmawia udziału w sobotnim sprzątaniu. Uważa, że ocalał nie po to, aby sprzątać, lecz dla jakichś wyższych celów!
Autor: Klio
Komentarz autora:
autor zdjęcia - Marcin Włodarski; źródło TVP Warszawa
Licencja artykułu:
Ten artykuł opublikowany został na licencji:
 
Historia edycji artykułu:
1.
23 lutego 2010 r., 09:28:25
Zmiany po sugestiach "Torquemada"
2.
22 lutego 2010 r., 20:52:12
usunięcie cudzysłowu
3.
22 lutego 2010 r., 18:41:57
zamknięcie cudzysłowu
 
OCEŃ ARTYKUŁ:
Aby oceniać lub proponować zmiany musisz się zalogować. Jeśli nie masz jeszcze konta, załóż je!
Podziel się:
 
Dodaj komentarz:
Podpis:
Treść komentarza:
Pozostało 1000 znaków.
Przepisz kod z obrazka:
Komentarze czytelników:
(23 lutego 2010 r., 21:07:27)
Takie jak to opisane, doświadczenia, mimo woli działają jak dłuto rzeźbiarza. Młotek, dłuto i trzask, aż lecą drzagi i kształtuje się coś nowego.
Axun, Ciebie zmienił potłuczony talerz...
(23 lutego 2010 r., 15:51:29)
Parafrazując znanego polskiego poetę, mężczyzna ten ocalał wieziony na rzeź. A już całkiem serio, w jego przypadku (wypadek, który mógł się różnie zakończyć), pewnie też zacząłbym zastanawiać się nad życiem.
(23 lutego 2010 r., 11:38:06)
Fajnie się czyta, jakby w zwolnionym tempie. No i temat, jest temat.
(23 lutego 2010 r., 09:39:05)
Dziękuję za cenne rady, które wskazały mi niejasny do końca opis powodu zderzenia. Pozostałam przy "poręczy", bo tak zwykle nazywam tę część tramwajowego fotela. Słownik Języka Polskiego profesora Bogusława Dunaja o "poręczy" mówi: "...2. oparcie czegoś do siedzenia, np. ławki, krzesła"
(23 lutego 2010 r., 00:32:13)
Świetny tekst, trzyma w napięciu. Zmieniłbym następujące fragmenty: "Stałam przytrzymując się poręczy siedzenia." - oparcia "siedzenia",uchwyt "siedzenia" (poręcz jest przy schodach, balkonie), "zza tyłu zajezdni" - "torowisko biegnące z tyłu zajezdni", "Tramwaj nie miał prawa jechać w tym samym, co i my kierunku - przed nami był tylko jeden tor!" - Przecież tramwaj ten nie miał prawa poruszać się w naszym kierunku, jadąc tym samym, co my torem! , "Tym bardziej pewny, że z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie kolejny tramwaj, a nasz dwuwagonowy skład usytuowany już był w najgorszym z możliwych miejsc na przyjęcie czołowego zderzenia." - Zbliżało się nieuchronne, bowiem z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie kolejny tramwaj. Nasz dwu-wagonowy skład usytuowany był w najgorszym z miejsc na przyjęcie czołowego zderzenia.
(23 lutego 2010 r., 00:12:26)
Bardzo mi się to podoba Klio :)
(22 lutego 2010 r., 21:41:17)
Dziękuję:) Dodam tylko, że trochę pożałowałam swojego uporu w niepoddawaniu się siłom fizyki. Po tym wszystkim, czułam się jak ubita na sztywno śmietana :)
(22 lutego 2010 r., 21:25:02)
Rzekłbym... ciekawe zderzenie. Zazwyczaj nie bywa tak różowo! Plus ode mnie.
(22 lutego 2010 r., 21:13:11)
Dlaczego "wkleiłam" komentarz żony uczestnika wypadku? Szukając w interencie doniesień na temat zdarzenia, natknęłam się na tę wypowiedź i unałam, że jest pewnego rodzaju potwierdzeniem tego, co sama odczuwałam. W dużym stopniu czyni wiarygodne moje relacje i podkreśla rangę niesamowitego odczucia - pewnego rodzaju zdumienia, że tak poważna kraksa nie spowodowała ofiar.
Myślę, że inną wymowę miałby komentarz bezpośredniego uczestnika zdarzenia.
Ileż to razy, słuchając doniesień o wypadkach, oddychamy z ulgą, dowiadując się o braku ofiar i rannych.
Mnie to przeżycie oduczyło lekceważenia doznań osób uczestniczących w wypadkach, a uznanych za nieposzkodowane.
Przy okazji wertowania stron internetu niejako odkryłam, że tego rodzaje wypadki są bardzo częstym zjawiskiem w polskich miastach i nie jest to marginalna, błaha sprawa. Zapewne utożsami się z moimi odczuciami niejedna "nieposzkodowana" w wypadku komunikacyjnym osoba. Takie jest życie :)
(22 lutego 2010 r., 20:36:57)
Użyłaś dwóch różnych cudzysłowów w tytule. Popraw, bo wygląda brzydko. Nie do końca rozumiem sens i sposób wprowadzenia tego "rozbawiającego, ale nie do końca" komentarza na końcu. Jeśli chodzi Ci o różnicę w podejściu do wypadku... cóż... punkt widzenia tego pana bardziej mi się podoba :) Apokaliptyczna wizja zderzenia tramwajów kontra "syndrom ocaleńca" 0:1
1 - 10 z 10 komentarzy
Zarejestrowany od:
Ostatnio zalogowany:
Suma punktów:
05 lutego 2010 r.
Wczoraj
1494
Zarejestruj się i na łamach serwisu, tworzonego przez grupę ludzi, którzy dociekają, poznają oraz starają się zrozumieć, a ponadto pragną podzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi, zamieszczaj artykuly na każdy temat:
Gazeta Wirtualna to kanał informacyjny, który nie opowiada się za żadną opcją polityczną, nie liczy zysków i strat z tytułu rozpowszechniania narzuconych treści.
Może stać się największym w Polsce serwisem informacyjnym. Jednak wyłącznie dzięki aktywności użytkowników, którzy dodają, oceniają i komentują nawzajem swoje artykuły.
Najnowsze artykuły
Inne z regionu Polska