Dodano: 24 lutego 2010 r., 12:26:49
Ostatnia aktualizacja: 08 marca 2010 r., 11:32:40
Redshift - "Halo"
Psychologia wyróżnia jeden z błędów naszego postrzegania jako tzw. efekt 'halo' (z ang. hallo effect). Jest to efekt pierwszego wrażenia, który potem rzutuje na naszą zdolność obiektywnej oceny osoby/rzeczy/zdarzenia.
Po kilkuletnim okresie oczekiwania (lata 1999 - 2002) fani zespołu Redshift zostali obdarowani w 2002 r. trzema krążkami ("Faultline", "Halo" i "Wild"). Wprawdzie specjalnie nie oczekiwałem tych płytek, ale ich ukazanie się nie przeszło u mnie niezauważone. Pojawiły się oczywiście pewne obawy w jakim kierunku podążył zespół. Były jednak one niewielkie.
Co najbardziej "rzuca się na uszy"? Primo - grupa zrezygnowała (jednakże nie do końca) z koncepcji płyty "Down Time" (krótkie, nie powiązane ze sobą utwory). Secundo - "Halo" to właściwie jedna, niezwykle spójna kompozycja, choć poszczególne utwory są w niej rozpoznawalne. Brzmienie muzyki straciło troszkę na ostrości, ale ilość napotkanych ambientowych brzmień wychodzi całości na dobre. Tertio - muzyka zachowała wszystkie charakterystyczne cechy dla Redshift. Nie mogło być inaczej skoro najważniejszym instrumentem w "orkiestrze" jest Moog 3C obsługiwany przez Marka. Quatro - nie ma "wpadek" takich jak "All Things Bright" z "Down Time".
Nie jest łatwo oceniać poszczególne części suity. Osobiście wyróżniłbym utwór otwierający "Leviathan". Ta dziesięciominutowa kompozycja niesie w sobie wiele melodyjnych subtelności, które nie są bez wpływu na nasze doznania słuchowe. Kolejne kompozycje także są miłe dla wprawionego ucha. Siła, przestrzenność i krystaliczne brzmienie Mooga uwydatnia się szczególnie w "Rhode Kill" i "Different Light". Przeplatanie bardziej dynamicznych fragmentów kompozycjami o spokojniejszym klimacie daje niezapomniany efekt. Całości dopełnia najdłuższy utwór na krążku - 14 minutowa kompozycja tytułowa. Nie sposób nie wspomnieć o "Savage Messiah" i "Rise & Shine", utworach bardzo bliskich klimatom Tangerine Dream z płyty "Ricochet" (mogłyby zostać z powodzeniem "domiksowane" do tego klasycznego albumu TD). Jeszcze "Turbine", przypominający nieco w konstrukcji znany już skądinąd "Bombers in the Desert". Na koniec krótki "Leaving" i... muzyka gdzieś odpływa jakby zdecydowanie za wcześnie.
Co można powiedzieć tytułem podsumowania? Miłośnicy twórczości Redshift z pewnością nie będą rozczarowani. Powiem nawet więcej, powinni być zachwyceni.
Komentarz autora:
rok wydania płyty:2002, recenzję napisałem w 2003 (ponowna redakcja w 2007)