Dodano: 19 lutego 2010 r., 11:01:40
Ostatnia aktualizacja: 19 lutego 2010 r., 11:06:51
,,Nas braterski połączył marsz"
Wspólnie ku świetlanej przyszłości
Pamiętam jeszcze to uczucie. Świadomość, że idący z tyłu żołnierze trzymają wymierzone w nasze plecy karabiny. Ponad szeroką plątaniną torów, które były już granicą, wznosił się ogromny pałąk wiaduktu z zarysowanymi na tle porannego nieba postaciami stojących w bezruchu, uzbrojonych wartowników.
- Aussteigen! Schneller! Schneller!
Wyobraźnia podsuwała skojarzenia. Czy tak wyglądał świt w Koncentration Lager? Podkute buty za nami, miarowo wybijały rytm kroków. Żelazna Kurtyna.
Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że przespaliśmy ostatnią przedgraniczna stację w Eisenach, na której wsiadali już celnicy wraz ze strażą graniczną i pobudka za ich przyczyną, była dla nas niemiłą niespodzianką.
Przez półtorej godziny trzymano naszą trójkę w pomieszczeniu przypominającym gabinet przesłuchań ze „Stawki większej niż życie” i mnie - młodziutkiej dziewczynie, siłą rzeczy, nie kojarzył się najlepiej. Gardłowe, szczeknięcia rzucane do słuchawki telefonu uruchamiały wyobraźnię. Czy nam uwierzą? Czy przekona, tych oschłych, sztywnych funkcjonariuszy, nasza wersja wydarzeń?
Przydała się doskonała znajomość języka niemieckiego jednej z towarzyszących mi osób. Strach pomyśleć, co byłoby w odwrotnej sytuacji? Oczekiwanie na tłumacza wiązałoby się zapewne z tymczasowym zatrzymaniem, a jeśli tak, to: cela, kraty, wartownicy. Dla mnie zapewne byłby to co najmniej „Pawiak”, bo literatura czasów wojny była moją pasją od dziecka i przesiąkłam nią na wskroś, ale też pewnie dzięki niej, zapragnęłam poznać bliżej tych naszych „odwiecznych” wrogów, zamieszkując czasowo wśród nich.
Uwierzyli! Z odległego o trzydzieści kilometrów miasteczka, potwierdzono telefonicznie, że jesteśmy tymczasowymi, legalnymi pracownikami tamtejszej fabryki. Uwiarygodniono tym samym nasze zeznania. Asysta uzbrojonych strażników towarzyszyła nam jednak w drodze do powrotnego pociągu, gdzie powierzono nas „opiece” innych mundurowych funkcjonariuszy.
Koniec lat siedemdziesiątych to czas prosperity Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Nowe pokolenia wychowane w socjalistycznym dobrobycie zdawały się być przystosowane i autentycznie szczęśliwe. Zapewniono im doskonałe warunki do rozwoju, zabezpieczając z niemiecką skrupulatnością każdy, najmniejszy nawet element rzeczywistości.

Połaczył ich wspólny cel
Hasła z transparentów o braterstwie i jedności społeczeństwa socjalistycznego, wdrażano w życie z typową dla tego narodu starannością i bezkrytyczną sumiennością. Ordnung über alles. Kwitło więc NRD na czerwono , obdarowując swoich obywateli czym chata bogata.
Socjalistyczne hasła mówiły o równości i braterstwie pomiędzy narodami zrzeszonymi pod wspólnie czczoną czerwoną flagą. Powiewała jak dzisiaj ta unijna - niebieska, zdobna kręgiem gwiazd.
My, młodzi, egzekwowaliśmy sobie prawo do czerpania całymi garściami z tych wartości. Cieszyliśmy się sobą wzajemnie i przyglądaliśmy z zaciekawieniem. Popularna „wymiana” młodzieży świetnie wpisywała się w program pojednania i niosła wymierne efekty.
Wspólne dancingi, festyny, dyskoteki i różne zorganizowane związkowe wyjazdówki, połączyły niejedną parę w trwały związek. Trudno było uwierzyć, że jeszcze niedawno dzieliło nasze narody tak wiele.
Inaczej sprawa przedstawiała się z rodzicami i dziadkami naszych przyjaciół. Lekko wyczuwalny , głęboko skrywany chłodek w relacjach, był specyficzny - inny, niż można dostrzec na twarzach obcych nam , przypadkowych ludzi na ulicach. Widzimy raczej rodzaj obojętności, tamtych zaś zdradzała pilność z jaką ukrywali naturalne odruchy. Nie była to w żadnym stopniu obojętność, a raczej, jakaś forma samokontroli. Zdarzały się wyjątki, które niepokoiły i budziły „upiory przeszłości”.

Stół też łączył
Pamiętam sytuację, kiedy podczas przerwy śniadaniowej, w oczekiwaniu na koleżankę, przysiadłam sobie przy stoliczku, na którym ktoś z naszych pozostawił polską gazetę. Był to chyba „Głos Wybrzeża”. Na pierwszej stronie zauważyłam spore zdjęcie z lat wojny. W skupieniu przyglądałam się fotografii. Nagle spostrzegłam, że nie ja jedna wpatruję się w gazetę. Nade mną stał najbardziej niesympatyczny Niemiec, którego wówczas znałam.
Był sporo starszy od nas i zawsze sprawiał wrażenie obrażonego. Wyraźnie stronił od Polaków, co nam nie przeszkadzało, bo nieprzyjemna fizjonomia tego ponuraka, łączyła się z absolutnym brakiem grzecznościowych form, nawet powitalnych i zwykliśmy ignorować go zupełnie.

FDJ - organizacja młodych
Teraz stał i gapił się bez słowa w „moją” gazetę. Wypaliłam jakimś nieswoim grobowym głosem:
- Guck mal! Das sind die polnische Kindern und das sind die deutsche Soldaten! - Fotografia przedstawiała niemieckich żandarmów, celujących z karabinów w polskich harcerzy ustawionych pod murem.
- Hast du: Oma, Opa?
- Nein. Ich habe schon nicht - odparłam, a zabrzmiało to tak, jakbym straciła swoich dziadków w Auschwitz. Jego twarz zmieniła wyraz. Z ponurej stała się smutna. Odszedł pochylony i zadumany.
Od tego czasu zawsze kłaniał mi się nawet z daleka, z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. Coś się w nim zmieniło.
Wyjeżdżaliśmy z żalem z „naszego” NRD. Miałam dziwne przeczucie , że idą zmiany. Nie zawiodło mnie.

Muzyka łączy narody
Ilekroć później odwiedzałam wschodnią część Niemiec, nigdy już nie poczułam tamtej atmosfery. Młodzież na ulicach jest teraz zachodnia i rozumuje innymi kategoriami. Butne twarze wyrażają pyszną satysfakcję z przynależności do najbogatszych narodów Europy i na nas - Polaków, spoglądają z leciutką nutką wyższości. Inaczej ich rodzice. Są przecież tacy, jakimi byli, kiedy hasaliśmy na wspólnych imprezach. Oni jeszcze pamiętają, że jesteśmy „sobie równi”. Są tacy jak Angela.
Nie. Nie wszyscy. Jest przecież jeszcze Erika…