Dodano: 24 maja 2010 r., 01:08:25
Ostatnia aktualizacja: 11 czerwca 2010 r., 15:36:08
Nie sposób tego ogarnąć
Ujęcie satelitarne zalanego obszaru
Co za paradoks, że kraj który ma najmniejsze zasoby wody pitnej w Europie kolejny raz paraliżuje powódź...
20 maja 2010
Upłynęło (sic!) 13 lat od powodzi. Odwiedzam znajomą rodzinę poszkodowaną w ówczesnym kataklizmie. Nie jest źle, myślę sobie widząc ich spokój. Względny spokój. Wyczuwa się nerwowe oczekiwanie na falę kulminacyjną. Ewakuacja itd. Owszem wszyscy o tym wiedzą. Doświadczyli już potęgi żywiołu ale przecież nie można panikować, bo ile może być powodzi tysiąclecia w ciągu kilkudziesięciu lat?...
Telewizja. Pełne napięcia relacje ze wschodu. Kraków już pływa, obrona huty w Sandomierzu, Warszawa szykuje się do obrony. Słowem ogólnonarodowe pospolite ruszenie, kto żyw na wały! W tej samej telewizji jeden z dziennikarzy podsumował to dość gorzko, stwierdzając, że trwa u Nas w Polsce ogólnonarodowe powstanie przeciwpowodziowe. Kolejna romantyczna wizja bohaterskich rodaków, którą już dawno powinna zastąpić cicha, pozytywistyczna praca. No cóż... Facet ma rację. Ale co z tego, że ma skoro Polak okazał się być głupim nawet po szkodzie...
Wciąż 20 maja Anno Domini 2010
Stoję na wale ochraniającym Jelcz. Wejścia na niego pilnują członkowie Strzelca. Obok kilka wozów strażackich, kilkudziesięciu strażaków, grupka mieszkańców Jelcza, 1,5 m do osiągnięcia korony wałów przez wodę i coś jeszcze... Prawie materialnie wyczuwalne napięcie w oczekiwaniu na falę. Czy raczej FALĘ.
Wracam do znajomych, chwila rozmowy, herbata. Propozycja pomocy z mojej strony. Odpowiedź nieco zaskakująca – nawet jak wyniesiemy wszystko na górę to ten dom może tego nie wytrzymać jeśli nas zaleje. No ok... Spadam do domu, wychodząc mówię, w razie czego dzwońcie, 15 minut rowerem i będę u was.
21 maja 2010
Dzień następny. Godzina 13 (chyba). Telefon. Właśnie szykowałem rybę (sic!) na obiad... W słuchawce: słuchaj mógłbyś podjechać i zobaczyć co z moim domem? Jasne, nie ma sprawy. Piwnica, rower, 15 minut i stop! Dziewczyna w mundurze Strzelca skazała mienia nie lzia. Te same bariery co wczoraj na wale stoją teraz tu gdzie 13 lat temu czyli jakiś kilometr w głąb Jelcza na głównym skrzyżowaniu na tracie Oława – Wrocław. Cóż... Co dalej? Wracać? Obiecałem sprawdzić co z domem. Słyszę, kto chce pomóc niech uda się do ZGK. Jestem na miejscu. Praca wre. Worki, sznurki, piasek. Nikt nikogo nie pogania, nie nadzoruje, wygląda na to, że ludzie sami wiedza co mają robić. Zostaję, i tak nie mam nic do roboty w domu. Biorę worek a ktoś ładuje do niego piach, potem kolejny i następne... Ciężkie są cholery... Nikt nie przestaje. Nawet gdy zaczyna padać deszcz. Teraz piachu jest mniej zrobiło się ciaśniej przy łopatach. Odchodzę na bok. Dla odmiany wiążę worki. Podjeżdża ładowarka. Już kilku ludzi rzuca na czerpak worki, przyłączam się. Wszystko to powtarza się, w różnej kolejności przez jakiś czas.
Koleś z zarządzania antykryzysowego: potrzebni są ludzie na Odrzańskiej. Pstryk! I jest ekipa, pakujemy się do przedziału dla ludzi tuż za szoferką w wozie strażackim. Nie wiem ile mieści się tam strażaków. Nas weszło z 10. Duchota ale jedziemy. Pytanie ochotnika: słuchajcie a gdzie jest ta Odrzańska? Bo ja to w sumie jestem z Wrocławia... 5 minut jesteśmy na wale na Odrzańskiej. Jezus Maria! Wczoraj było tu jeszcze 1,5 metra zapasu, a dzisiaj woda sięga samej korony! I nie ma zamiaru odpuścić. Idziemy w stronę ludzi. Kilkadziesiąt metrów dalej inni ochotnicy w kilkanaście minut zmieniają górkę piachu w kilkadziesiąt worków. Ktoś ze „sztabu” mówi do nich panowie możecie odpocząć zmiana, nikt nie słucha każdy pracuje dalej. Przyłączamy się do nich. Mija chwila i nie mamy już materiału. Czekamy na następny transport czegokolwiek, piachu gotowych worków... Czekamy. W międzyczasie chcąc nie chcąc słyszę faceta gadającego przez telefon i proszącego o piach i worki. Pewnie jeden z „dowodzących” - Tak? Dajcie tu worki pilnie. Już jadą? Do lasu? Mamy kłopoty w 6 miejscach... Super... Nadal czekamy. Dwie kobiety przynoszą termosy z kawą i herbatą. Chwila przerwy. Faja, herbatka, żarciki. Czekamy... Jest! Jest ciężarówka! Jelcz z paką pełną gotowych worków. Nareszcie, cała pełna ciężarówa! Gramoli się to tyłem powoli w naszą stronę. Stop! Wskakuję z innymi na górę podawać worki. Cwany jestem, nie będę ich nosił bo są ciężkie, tylko podawał. A figę... To jeszcze gorsze zajęcie. Cóż... 15 minut i po transporcie, paka pusta. Zeskakujemy. Gruzawik odjeżdża po następne worki a my dostajemy piach...
Artykuł i zdjęcia w Gazecie Powiatowej
Ok ładujcie się na auto i na drugą stronę. Jedziemy grzbietem wału. Jest prawie sielsko, słoneczko się pojawiło, lekki wietrzyk. Po jednej stornie Odra w wersji XXXXXXXXXL po drugiej, powoli zalewany staw rybny. Zaczynamy czuć się jak na statku... Brakuje tylko szant. Tu zostajemy dłużej. Kilkanaście kursów. Woda powstrzymywana jest już przez worki na grzbiecie. Trzeba je układać już po dwa rzędy. Szkoda tylko, że kurczy się pas dla samochodów. Za plecami mamy wspomniany staw a za nim lokalną rzeczkę – Młynówkę Jelecką. Małe to to, że wstyd potokiem nazwać. Kolejne transporty worków, nikt się nie opierdala i generalnie wszyscy są dobrej myśli... A tuż za nami, na dojeździe do wału wyrasta nam kałuża. Spoko bez paniki, wszystko jest pod kontrolą. Układamy dalej. 30 minut później nie można zejść z wału i przejść suchą nogą. Spoko bez paniki, wszystko jest pod kontrolą... Podsłuchuję raport strażaka: prawdopodobnie puściły wały w Łęgu i zaczyna cofać Młynówkę... Ups! A to peszek... Pół godziny później większość pracujących na wale odjeżdża ciężarówką przez spore rozlewisko kilkadziesiąt metrów dalej w centrum wsi, w okolice kościoła. Na wale zostaje garstka osób. Generalnie jest git. Wały wytrzymują, chociaż płyty na nich grzbiecie zaczynają się rozsuwać. Ale może są tylko rozjeżdżone. Wytrzymują choć napór masy wody sprawia, że za plecami pracujących ludzi woda płynęła szybkim wartkim nurtem szumiąc jak górski strumień.

Linie worków oznaczono kolorem czerwonym
Co robić dalej?... Dobre pytanie. Nic tu nie zdziałam choć zostało tu trochę gotowych worków. Jestem ja, panie od kawy i herbaty, dziewczyny ze Strzelca, kilku policjantów, szef sztabu antypowodziowego, fotoreporter i kilka innych osób. Łapie "okazję" – pakuję się do Łady Nivy szefa razem z fotoreporterem. Za nami wał, na nim worki powstrzymujące wodę, przed nami głębokie rozlewisko i dom znajomej z liceum. Obok dom innej znajomej. Jedziemy. Mieszkańcy domu przed nami stoją na schodach i przed domem. Nie ma krzyków, protestów, pretensji. Przynajmniej ja tego nie widziałem, ale nie sposób opisać wyrazu twarzy tych ludzi... Wysiadamy. Każdy idzie w swoją stronę. Centrum Jelcza, kościół i plebania już częściowo podmyte. Znowu nosimy worki. Idę dalej, dom znajomych, tuż nad cofającą się Młynówką. Otwarte drzwi. Wchodzić nie wchodzić? Pytam sąsiadów czy ktoś tam został. Jest mama znajomego. Ok to wchodzę. Pytam czy pomóc? Ciężko opisać. Nie ma rozpaczy czy paniki. Jest raczej rezygnacja. Układamy książki na górze mebli. Lodówka stoi na stole. Za chwilę na stole będzie zmywarka. Jeszcze tylko zamknąć klapę sedesu. To ważne, bo ścieki mogą wybić... Umawiamy się na to, że przyjdę pomóc sprzątać po...
Zmęczenie daje się już we znaki. Bolą plecy i ręce od worków. Palce poprzecinane sznurkami. Jestem głodny. Idę po rower, i bluzę którą zostawiłem na płocie. Pewnie jedno i drugie już ktoś mi buchnął... Miłe zaskoczenie. Jest i rower i bluza dokładnie w tych samych miejscach. Ludzie nadal szykują worki, jest chyba 15 czy 16 godzina. Pojadę coś zjeść, zmienić koszulkę, wziąć papierosy i wrócę. Odjeżdżam widząc wzrok sypiących worki. Czuję się jak dezerter widząc wzrok innych ale jestem tylko człowiekiem i przecież tu wrócę. Dom, obiad, dziwnie smakuje ta ryba na obiad.
Jestem znowu. W drodze widziałem śmigłowiec. Potem dowiem się, że był po człowieka który miał zawał. Serce nie wytrzymało stresu. Widać, że ludzi ubyło. Byli tu m.in. pełnoletni uczniowie szkoły zawodowej zwolnieni przez dyrektora z zajęć. Każdy tyrał jak mógł. 8-9 letnie dzieciaki wiążą worki, słabo bo potem się rozwiązują, ale są tu na miejscu i pomagają jak mogą. Samochód jeżdżący po mieście nawołujący ochotników też zrobił swoje. Przychodzą ludzie po pracy. Znów jest nas dużo. Kolejne transporty piachu, worków, sznurka. Ładowanie na ciężarówki i w drogę. Pakuję się na kolejny transport i jadę, nawet nie wiem gdzie... Łęg. Wieś obok Jelcza w zasadzie oddziela go tylko tablica, typowa długa ulicówka, wjeżdżamy do środka. Zaczyna się ściemniać. Szok, domy po jednej stronie pod wodą, droga na Wrocław zamknięta, zapora z worków stoi w wodzie, pompy pracują, mijamy się z innym transportem który już pozbył się ładunku. Goguś w białych adidasach marudzi, żebyśmy uważali jak jedziemy bo falę robimy i buciki mu się zmoczą... Szkoda słów nawet jeśli tylko żartował. Kierowca podjeżdża pod linię worków jedzie powoli, młode łebki zeskakują z paki wprost do wody. Sięga ponad kolana... Podaję worek za workiem, część się rozwiązuje... Szybko, szybko. Wyjeżdżamy z Łegu. Mijamy grupę ludzi która uspokaja krowę, ktoś z naszej ekipy cieszy się jak dziecko na widok krowy. Starszy ode mnie pan, ruga go. Ten milknie. Znowu „baza”. Zanim załadują kolejny transport pomogę napełniać i wiązać worki. Zostaję przy tym do końca.
Trzymam worki ktoś sypie piach, koleżanka wiąże worki. Wrzucamy je na ładowarkę. Kolejne jadą już w zupełnie inne miejsce. Daleko na północ od nas, na trasę do Oleśnicy, wieś Grędzina, w pobliżu płynie Widawa. Sporo znajomych, przyszli tu po pracy. Jest już ciemno w zasadzie noc. Na czas nikt nie zwracał uwagi. Prawdopodobnie w tym czasie gdy byłem przy ładowaniu worków Odra wzięła Jelcz z innej strony. Przyszła z lasu. Wały chyba wytrzymały, ale nie wiem tego na sto procent...
Koniec, worki gotowe. Zjawia się facet ze sztabu i mówi, że to co przygotowaliśmy zostaje tu na miejscu jako rezerwa na noc. Dalszych transportów piachu już nie będzie. Jest około 24. W okolicy Grędziny pewnie układali to jeszcze dłużej. Zmęczeni, zmordowani ludzie wracają do siebie jeśli ktoś ma do czego wrócić, ja mam... Rozchodzą się trochę niechętnie.
Dopiero teraz dociera do mnie co to jest powódź. Telewizja pokazuje spore połacie kraju pod wodą, w dzień czasem świeci nawet słońce. Realne zagrożenie poczułem dopiero w Łęgu, gdy zaczynało się ściemniać ludzie brnęli po uda w wodzie układając worki a Odra nie zamierzała ustąpić ani na jotę. Wylała tak, że aż spłaszczyła teren aż po horyzont. To jednocześnie przerażające i niesamowite, jak zmienia to perspektywę i sposób postrzegania natury. Wcześniej jeździłem rowerem, biegałem czy spacerowałem po miejscach, których teraz nie widać. Nie widać dróg, mostków, płotów... Niczego, jeden płaski mokry krajobraz. Wystają tylko co wyższe drzewa, dachy domów, słupy wysokiego napięcia...
Relacja filmowa
22 maja 2010
Bariera na skrzyżowaniu. Czekam na znajomego. Dziewczyny ze Strzelca nie wpuszczają gapiów, teraz mają wsparcie policji. Jest i znajomy. Pytanie o miejsce zamieszkania, szybka konkretna odpowiedź, i jesteśmy za barierą, przed nami 200-300 metrów pustej drogi powiatowej na Oławę. Idziemy do rodziny, którą odwiedziłem przed alarmem... Jej dom jest tuż przy mostku dla pieszych na Młynówce. Tu zatrzymała się Odra. Tuż za tym mostkiem. Dalej są już bardziej zalane posesje, niektóre prawdopodobnie po sufity. Moi znajomi mogą się „pocieszyć” u nich jest może z pół metra wody... Świeci słońce, jest straż, są Strzelcy, policja, powodzianie, Młynówka młynie jak płynęła. Leniwie, nieśpiesznie, jakby od niechcenia i jakby zupełnie nic się nie stało.
Jest 24 maja godzina 00:50. Pada deszcz... Też jakby od niechcenia...
11 czerwca 2010 - "Suche" fakty, liczby...
Odra w okolicach Jelcza zwykle płynie około 40 metrowym korytem. W czasie powodzi z trudem mieściła się między wałami oddalonymi od siebie 4-5 kilometrów... W obornie Jelcza uczestniczyło kilkuset mieszkańców, wolontariuszy i strażaków. Znacznie więcej przy pierwszej z fal. Przy drugiej 300-400 mieszkańców i ochotników miało wsparcie około 300 żołnierzy z co najmniej dwóch jednostek oraz około 170 więźniów.
Zużyto około 65 tys. worków z piachem do zabezpieczenia kilku odcinków w maju. W czerwcu 47 tys. worków. Zalanych zostało około 150 budynków...
Miliardy komarów, uderzający smród, gęsty korzuch na nieprzeźroczystej zielonkawej wodzie - "bezcenne"...
Komentarz autora:
Niestety nie mam zdjęć. Nie zrobiłem, żadnego. Pojechałem pomagać a nie fotografować. Umieściłem mapki obrazujące skalę zjawiska-rozlewiska. Ilustracje przygotowane na podstawie Google Maps.