Dodano: 28 maja 2010 r., 00:19:41
Ostatnia aktualizacja: 28 maja 2010 r., 23:51:50
Na podsumowanie czas i jeszcze kilka ciekawostek - część 1
Jak zawsze, jeśli coś ma początek musi mieć również i koniec. Ten wiąże się z podsumowaniem, refleksją i ciekawostkami. Przedstawię to wszystko tu i teraz, by raz na zawsze zakończyć temat Japonii, przez żal, że jeszcze pamiętam to, co miało być piekłem, a okazało rajem.
Podzieliłem jednak ostatnią odsłonę na dwie części, bo moglibyście jej nie strawić, a tego bym nie chciał. Oto pierwsza z nich.
Mam nadzieję, że moje artykuły przybliżyły Wam nieco Japonię. Nie zrobiłem może tego w sposób profesjonalny, z prostego względu, bo profesjonalistą nie jestem. Kierowałem się moimi odczuciami i spostrzeżeniami. Jeśli będziecie zawiedzeni polecam sięgnąć po fachowe źródła. Zawsze możecie przecież skorzystać z przewodników.
Mój pobyt w Japonii zakończył się 26 Lipca 2002 roku. Tego dnia przeszedłem ostatnią kontrolę na lotnisku w OSACE i znalazłem się poza granicą kraju kwitnącej Wiśni, oczekując na samolot. Muszę powiedzieć, że tak jak miałem mieszane uczucia przed przyjazdem, wracając już ich nie miałem. Nawet żałowałem, iż muszę wracać. Człowiek przyzwyczaja się do normalnego życia. Mam nadzieję, że moja żona, a w tamtym okresie dziewczyna nie będzie miała mi za złe. Przepraszam kochanie. To naprawdę jest kraj stworzony przez ludzi, z myślą o ludziach.
Koniec tych krokodylich łez. Czas przybliżyć Wam to, co powinno być zawarte w poprzednich odsłonach, a zostało zapomniane z prostego względu - braku lecytyny. Bądź, co bądź pisząc serię o Japonii jestem już starszy o bite osiem lat.
Przede wszystkim i pewnie każdy szanujący się obywatel Japonii zlinczowałby mnie, gdybym o tym nie napisał - SAKURA, czyli po naszemu WIŚNIA. Jak można pisać o kraju kwitnącej Wiśni nie pisząc nic o tym właśnie symbolu Japonii. Każdy Japończyk ma na jej punkcie lekkiego bzika. Napisałem lekkiego? Żartowałem. Powiedziałbym ogromnego. Gdy tylko drzewa zaczynają kwitnąć, a dzieje się to wiosną, mały, średni czy duży Japończyk wpada w amok i udaje się z aparatem do parków, gdzie znajdują się drzewka. Spędza tam całe dnie, by tylko uchwycić pąki kwiatów. Potrafi siedzieć i patrzeć na pąki godzinami robiąc przy tym setki zdjęć. I tak rok rocznie. Można powiedzieć, że prócz obowiązkowych pielgrzymek do KAMAKURY i na FUJI-SANA, kwitnące Wiśnie są trzecim elementem kultu Japończyków. Nie powiem, pięknie wyglądają parki z kwitnącymi drzewami Wiśni. Odnosi się wrażenie, że toną w bieli i czerwieni. Tak jak kolory flagi japońskiej i polskiej również. Zatem mamy coś wspólnego. W końcu Edward Gierek obiecywał drugą Japonię. Wiemy jednak jak to się skończyło. Prawdę mówiąc ja też w amok wiśniowy wpadłem, choć nie był on związany ze spożyciem wiśniówki. Teraz już mogę spać spokojnie. Żaden Japończyk nie będzie miał mi za złe, że nie napisałem o SAKURZE, a Wy będziecie wiedzieć, co to słowo znaczy.

W wielu parkach, szczególnie, jeśli znajdują się w nich oczka wodne znajdziecie żurawie, które również należą do charakterystycznych elementów tego kraju. Można je zobaczyć na wielu malowidłach i rycinach znajdujących się w świątyniach i muzeach.
Co jeszcze ciekawego mogę Wam powiedzieć? Ach tak. W każdym miejscu w Japonii można znaleźć sklep, w którym kupicie wszystko, no może prawie wszystko za 100 Yenów. Na nasze będzie to jakieś 3 PLN. Napisałem prawie, bo oczywiście nie kupicie tam samochodu. Nie bądźmy niepoważni. Do asortymentu tych sklepów należą bowiem wszelkiego rodzaju artykuły spożywcze, proste urządzenia gospodarstwa domowego, odzież (bynajmniej nie Dolce&Gabana, ale ubrać się można od stóp do głów). W 2002 roku u nas takich sklepów jeszcze nie było. Nawet teraz jak są, to nie ma tam takiego asortymentu jak w tych japońskich. Jeśli tylko wybierzecie się do Japonii i będziecie chcieli się zaopatrzyć, to polecam. Można tam znaleźć naprawdę dobre artykuły za śmieszne pieniądze. Na przykład makaron bezjajeczny.
Wspomniałem już o wiśniach, żurawiach i 100 Yenowych sklepach. Czas napisać coś o najszybszej kolei na świecie, czyli linii
SHINKANSEN. Ktoś zaraz powie, że francuska TGV jest najszybsza. Teraz może tak, wcześniej to SHINKANSEN był niekwestionowanym mistrzem, jeżeli chodzi o prędkość. SHINKANSEN nie oznacza, że mamy do czynienia ze skansenem. Co to, to nie. To stwierdzenie pasuje jak najbardziej do naszych linii kolejowych. Natomiast, jeśli mowa o SHINKANSENIE - jest to superkomfortowa kolej szybka, a nawet super bardzo szybka. Pierwsze linie powstały na przełomie lat 50-60-tych. Pierwsze pociągi jeździły z prędkością 200 km/h. Kolejne z prędkością 220 km/h, a te najnowocześniejsze pędzą z prędkością 300 km/h. Z prostego rachunku matematycznego wynika, że z mojego rodzinnego miasta – Kielce, jechałbym, powiedzmy do Szczecina, pamiętając, że mamy do czynienia z odcinkiem prawie 700 km, li i jedynie nieco ponad 2,5 godziny. Nieprawdopodobne, a jednak. Ile jedziemy i z jaką prędkością? Każdy dobrze wie. Podam te liczby, by Was zdenerwować. Skoro ja mogę być zdenerwowany, to Wy również. Prędkość naszych „ponaddźwiękowych” taborów - max 100-120 km/h na wybranych odcinkach, które można zliczyć na palcach jednej, no może dwóch rąk. Czas dojazdu do Szczecina z mojego rodzinnego miasta – Kielce, to jakieś 7-8 godzin, jak nie więcej. Jak przyjemna mogłaby być podróż nad morze? Tak, pomarzyć każdy może.

Wnętrze przedziałów wykonane jest w podobnym stylu jak wnętrze samolotów, czyli komfortowo. Mamy dwie klasy, ekonomiczną i business. Klasa ekonomiczna jest odpowiednikiem I-wszej klasy w naszych pociągach INTER CITY. O business klasie w SHINKANSENIE niestety nie napiszę, bo nie miałem zaszczytu nawet tam zajrzeć, a co dopiero siedzieć. Można sobie jedynie wyobrazić patrząc na zaawansowanie technologiczne tego kraju, że business klasa, business klasą być musi. Nie tak jak u nas. Pasażerem takiego pociągu może być każdy, kto tylko wykupi miejscówkę. Jeśli się ją posiada nikt i nic nie zajmie nam naszego miejsca. Nikt nie siądzie, nawet, gdy miejsce będzie wolne pomiędzy stacjami. Biletu u konduktora nie kupimy, jedynie w kasie. Jeśli nie ma miejsc, czekamy na następny. Miejsc stojących nie ma. Bilet można było również kupić przez Internet, pamiętając, że był to rok 2002.
Nie można zapomnieć o motorniczych i obsłudze, którzy prezentują się w swoich uniformach nad wyraz okazale. Pominąć nie można uprzejmości ze strony obsługi, a nie chamstwa, które panuje w naszych taborach, tak jakby to właśnie podróżni byli winni, że korzystają z tego środka transportu i że to z ich winy pracownicy kolei muszą pracować. Generalizuję, ale jeśli ktoś korzysta, wie, o czym mówię.
Recykling - kolejne oczko w głowie tych małych ludzi. Na początek kilka liczb, aby uświadomić Wam słuszność szaleństwa Japończyków na punkcie recyklingu. Japonia liczy sobie 377 435 km2. Na takiej powierzchni mieszka 127 417 244 ludzi. Na 1 km2 przypada 337 Japończyków. Pamiętajcie jednak, że 1/3 kraju pokrywają góry i wulkany. A teraz nasza Polska. Powierzchnia 322 575 km2, czyli nieco mniej niż Japonia. Większość kraju obfituje w pola i nieużytki rolne. Ludność w liczbach - 38 622 660, czyli „tylko” (czyt. aż) trzy razy mniej niż Japonia. Na 1 km2 przypada 122 Polaków, czyli „tylko” (czyt. aż) trzy razy mniej niż w Japonii. Teraz wyobraźcie sobie, jakie hałdy śmieci produkuje ten kraj. Skoro Polska nie może sobie poradzić z ilością śmieci, nie mówiąc już o Neapolu we Włoszech, to jak udaje się to Japonii?! Ano tak, że „moda” na recykling panuje wszędzie. Odzyskuje się wszystko ze wszystkiego, a nawet z tego, z czego się nie da. Zwyczaj segregowania śmieci jest tak daleko posunięty, że nikt o tym nikomu nie przypomina. Kary za brak segregacji są ogromne i nie ma przeproś. Po segregacji i recyklingu wszelkie „dobra”, które się do niczego nie nadają są
palone. Myślicie, że miał zostaje wyrzucony? Otóż nie, Japończycy stwierdzili, że powierzchnia Japonii jest za mała, a ludności za dużo, więc postanowili dobudować sobie trochę powierzchni. Tak też robią, pamiętacie lotnisko w OSACE, z mojej drugiej odsłony o Japonii?! Lotnisko powstało właśnie na takiej wyspie, która została zbudowana właśnie z miału, oczywiście odpowiednio przerobionego. Zaskakujące nieprawdaż?! Nie mówcie, że nie, bo i tak Wam nie uwierzę.
Pisałem już o kolei, teraz chyba kolej, by napisać coś o drogach. W Japonii nie istnieje problem dziur, kolein czy czegoś podobnego. Samochody są tak nisko zawieszone, że wyglądają jak bolidy formuły 1. Nikt nie zna tam takiego problemu jak dziura. Kiedy zapytałem Japończyków jak radzą sobie z nierównościami dróg popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. Ogólnie rzecz ujmując, by się nie rozpisywać za dużo i nie podnosić ciśnienia, tam dziur nie ma! Można by rzec, że jedynymi dziurami są te w kraterach wulkanów. Jeśli chodzi o drogi i autostrady, to kolejny „konik” tych małych ludzi. Zresztą zobaczcie sami poniższe zdjęcie. Powinno Wam uświadomić, dlaczego na każdym kroku podczas pobytu w kraju Samurajów opadała mi szczena.
Co jeszcze? Ach tak, nie mogę zapomnieć również o salonach gier
PACHINKO. Salony nie należą do rządu japońskiego czy do „zwykłych” ludzi. Są pod opieką
YAKUZY. Jest to nic innego jak japońska mafia. Jeśli nie chce się stracić ucha lub palca, to zdjęć lepiej nie robić. Japończycy nie chcą również wpuszczać gajdżinów (obcokrajowców) do tych lokali. Dlatego nie polecam i radzę omijać. Salony nie są typowymi salonami gier. Jeśli sądzicie, że znajdziecie tam automaty z grami podobnymi do tych, które można spotkać w komputerach i konsolach, to jesteście w błędzie. Ideą takich salonów, a co za tym idzie i automatów są stalowe kulki. Coś podobnego do flipera. Z tą jednak różnicą, że te automaty mają pionowe ustawienie, a nie poziome jak flipery. Wrzucasz kulki od góry i im więcej wyleci dołem - wygrywasz. Mnie udało się wejść do takiego salonu. Długo tam jednak nie zagrzałem miejsca. Zostałem wyproszony. No, ale może winić muszę za to samego siebie i mój „niewyjściowy” wygląd. Twarzowego płacić nie chciałem. Zdołałem jednak zobaczyć zapaleńców, którzy spędzają tam po kilkadziesiąt godzin. Wokół nich leżą plastikowe pudełka z tysiącami kulek, stalowych kulek. Mnie na szczęście podniecają inne obłe kształty. Najlepsi potrafią podobno dobrze na tym zarobić i nigdzie nie pracują, spędzając tam całe dnie i noce. Otwarte 24 godziny na dobę. Sami Japończycy mówili mi, że jest to ich sport narodowy…
CDN…
Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie to zapraszam na mojego
bloga.
W DRUGIEJ CZĘŚCI OSTATNIEJ ODSŁONY PRZECZYTACIE JESZCZE O INNYCH RZECZACH, KTÓRE DO TEJ PORY NIE ZOSTAŁY PRZEDSTAWIONE I BĘDZIE TO JUŻ OSTATNIA MĘCZARNIA DLA WAS SPREZENTOWANA PRZEZE MNIE.