Dodano: 23 stycznia 2010 r., 00:03:50
Ostatnia aktualizacja: 23 stycznia 2010 r., 00:03:50
Ludzie Południa
Wstawał kolejny dzień nad tą krainą, którą nie zawracał sobie głowy ani Szatan, ani tym bardziej Bóg. Stałem przed oknem i w milczeniu obserwowałem świat obleczony poranną szarością. Łyk gorącej herbaty z cytryną powoli budził mnie do życia.
Przez chwilę wydawało mi się, że Czas przestał istnieć, że koła tego sunącego przed siebie niestrudzonego kolosa, wreszcie się zatrzymały. Wtedy dostrzegłem nagiego grubasa, osłaniającego rękami swoje przyrodzenie, który umknął w przydrożne krzaki.
Ten niespodziewany widok zrównał z ziemią poetykę mojego dnia, zmieniając ją w jakąś farsę. Zjawisko dziwaczne, ale całkowicie wytłumaczalne. Zabrałem plecak i ruszyłem wypełnić swoje przeznaczenie - kolejny dzień męki.
God, bless the South
Gdzie znajduje się ta Kraina? Trudno określić dokładnie - niby to już nie Podhale, ale nie całkiem. Wsie i małe miasta, które są trochę ksenofobicznymi społecznościami, paradoksalnie tworzą spójną całość. Każda z nich charakteryzuje się czymś, co można nazwać „małym patriotyzmem”, motywującym je do swoistej rywalizacji z innymi. Jest tu przepięknie: poetyka odległych szczytów gór, zielone płaszcze wzgórz i lasów, i spokojnie płynące rzeki - wdycha się tu pierwotną, nieskrępowaną wolność. Każde miejsce, każdy region w naszym kraju ma swój unikatowy styl, atmosferę, aurę - tak samo Południe.
Jak opisałbym Południe? Do czego bym je porównał? Chyba do przejażdżki po Piekle ze skrzynką piwa.
Usiadłem niechętnie w ławce, zmuszony przez państwo do przymusowej edukacji, i wodziłem oczami po klasie, szukając czegoś ciekawego, co rozluźniłoby moje napięcie przed matematyką. Poczułem szturchnięcie, mój kumpel z ławki przywitał się ze mną i rozpoczął rozmowę:
- No, cześć, Kowal - zaczął Adi.
- Cześć, cześć - odpowiedziałem pośpiesznie, szukając w pamięci informacji o moim zadaniu, które miałem zrobić na dzisiaj. Cholera, a podobno skleroza przychodzi dopiero z wiekiem. - Co tam się działo ciekawego, jak mnie nie było? - grypa mnie zmogła i wykluczyła z życia na tydzień czasu.
- Podobno macie wojnę z Barką - spojrzałem na niego zdziwiony. - Nic nie słyszałeś?
- Nie, nic.
- Słuchaj: we wtorek wieczorem do Zielonego (nasza ulubiona knajpa) przyszło czterech facetów i zaczęli się pytać, czy ktoś chce dostać wp***dol. Bez żadnych wstępów, tylko walą ten tekst i omiatają złym wzrokiem całą salę. Był tam Łysy, wiesz który, i mocno się wkurzył. Pił piwo ze swoimi ziomkami, więc myśleli, że sobie poradzą. Łysy wstał i mówi: „Ja chcę dostać wpi***dol”. Wtedy tamci wyciągnęli z rękawów pałki, takie policyjne, gumowe, i zaczęli im robić dzień ostateczny. Podobno jednemu wybili oko, złamali kilka rąk i żeber, a potem spokojnie sobie odjechali. Grabicie sobie, nie ma co.
- Skąd wiesz, że byli z Rawy?
- Jeden z kumpli Łysego znał ich… - do klasy wszedł matematyk, przerywając naszą konwersację.
Należy wiedzieć, że między poszczególnymi miejscowościami istnieje sieć stosunków, antypatii i sojuszy, w której czasami nawet ja, wychowany i zżyty z tą Krainą, gubię się jak dziecko we mgle. Wszystko bez przerwy się zmieniało i ulegało przemianą: zawiązywano sojusze, inne rozpadały się, a jeszcze inne trwały od lat - to wszystko z powodu, że ktoś komuś porachował kości i należy mu odpłacić tym samym. Spróbuję to wytłumaczyć najprościej, jak się da. Mieszkam w Rawie, dzielącą się na Wyższą i Niższą, a także mało liczącą się Średnią (z niej się wywodzę - jest tam najspokojniej). Wyższa i Niższa nie przepadają za sobą, ale nie prowadzą wojny, co raczej rywalizację. Choć to Niższą zamieszkuje większość największych kozaków, wariatów i socjopatów Rawy, to Wyższa stanowi terytorium niesławnego klanu Byczków. Ogólnie rzecz biorąc: z Byczkami nie zadziera nikt o zdrowych zmysłach. Jest ich kilku, ja znam osobiście niemal wszystkich z widzenia (z jednym chodziłem do gimnazjum). Wielkie góry mięsa podkręcone sterydami, napełnione prostacką arogancją i agresją, wodzące złowrogimi i zaczepnymi spojrzeniami po ludziach.
Rawa nie lubi Barki Ustroju (choć jej nie cierpią wszyscy), ale trzyma dobre stosunki z Domieloną, która z kolei nie lubi Skaby, a Skaba nie lubi nikogo, prócz Trocin, trzymających sojusz z Domielną, ale nie przepadających za Rawą, a nikt nie zadziera z Edwardowem… Nie myślcie, że wszyscy ludzie chcą się tu pozabijać nawzajem, chodzi tylko o pewną grupę społeczną. Młodych, agresywnych, z obniżonym ilorazem inteligencji zabijaków. Kultura Południa jest bardzo interesująca i ma swój urok, ale to nie ją mam opisywać. Zajmę się jej niechlubną stroną, więc nie oceniajcie jej zbyt negatywnie.
Sarmaci i ich rumaki
Wszędzie można znaleźć dresiarzy i chuliganów, ale tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej. Ci „Sarmaci” cenią przede wszystkim siłę, prymitywną i pozbawioną hamulców. Bluzy z kapturami i jeansy z „krokiem”, a gdy zawiedzie pogoda to kurtki z futrem na kapuzie - nieodłączny element ich ubioru. Poniektórzy szpanują dziewczynom sportowymi wozami, objeżdżają okolicę swymi stalowymi rumakami, rzucając pogardliwe spojrzenia innym. Jeśli chcesz w ich oczach być „kimś” albo przynajmniej „być”, to najlepiej udowodnić im, że nie jest się workiem do bicia. Podobnie jak w więzieniu: najlepiej komuś najeb**ć na wstępie, to potem już nikt cię nie zaczepi. Nie musisz szukać jakiegoś niewinnego biedaka, bo chętni sami się znajdą, żeby ci dowalić. Nazwie cię któryś pedałem i lepiej dla ciebie, żebyś nie puszczał takich obelg płazem. Jeśli jesteś spokojny i „grzeczny”, to uważają cię za kujona, pi*dę i śmiecia, a potem zaczną cię gnoić dla czystej zabawy. W naszej szkole był taki chuderlawy koleś, z którego wszyscy kpili. Rafał (załóżmy, że tak miał na imię) pewnego dnia został bez powodu popchnięty z rozpędu przez niejakiego Tkackiego, który chciał albo zaimponować innym, albo po prostu wyładować nagromadzoną frustrację. Ostatnio nie był zbyt popularny w szkole, gdyż wyszło na jaw, że kablował dyrektorowi na Byczków, ci jednak nie odważyli się wyrównywać z nim bezpośrednio rachunków. Groźba wyrzucenia z budy powstrzymywała ich pięści. Rafał natychmiast zaczął bombardować chaotycznymi ciosami swojego wroga, niespodziewającego się tak zaciekłego i skutecznego ataku chudzielca. Tkacki złapał za plecak i przy użyciu tej broni, zaczął okładać Rafała. Wtedy nadleciał Racki (przypakowany i twardy sukinsyn) i strzelił tak prawym sierpowym Tkackiego, że tamten przeleciał kilka metrów do tyłu.
- Tylko, ku*wa, pięściami! - warknął. Nauczyciel dyżurujący udawał napad ślepoty i stał w oddali, odwrócony plecami do całej sytuacji.
Od tej pory zmieniło się zdanie o Rafale, ludzie klepali go po plecach i gratulowali walki, nawet Wielki Byczek przyszedł do niego ze swą gwardią, okazując mu respekt. Liczy się siła.
A co jeśli chodzi o dziewczyny? Pomyślicie, że lecą albo na siłę, pieniądze lub samochody. Otóż najbardziej nęci je moda. Tak, moda. Facet nie musi być księciem z bajki, ale jego strój może przykuć wzrok niejednej z niewiast, jeśli jest „modny”. Modność oznacza klasę, dobry styl i gust, a także pieniądze. Nie jestem szowinistą i podkreślam, że mówię tylko o pewnej grupie. Lubią pokazywać się w towarzystwie silnych i szanowanych facetów, więc ci walczą o „respekt”, co nie koniecznie wiąże się z „szacunkiem”.
Z ciekawością obserwowałem tych facetów, którzy w pracy najbardziej lubili opowiadać o tym, komu ostatnio dop***dolili albo jaką laskę przelecieli (opowiadają wszystko z naturalistycznymi szczegółami, których nie będę przytaczał). Tutaj opowiadali sprośności, a w następnej chwili zmieniali gadkę, gdy zaczęli podrywać dziewczyny, które pojawiały się w ich polu widzenia. W jednej sekundzie z chamów zmieniali się w elokwentnych cwaniaków.
Wojna i Pokój
Ta swoista „antykultura” opiera się na pierwotnych instynktach, gdzie liczy się siła i żądza. Zadziwia jednak coś innego. Pewnego rodzaju hipokryzja. Ci sami kolesie, którzy w sobotni wieczór na jakiejś dyskotece stłukli kogoś na kwaśne jabłko, w niedzielę rano stoją przy kościele. Choć nie goszczą nigdy wewnątrz świątyni, to dziwi mnie fakt, że w ogóle spędzają czas, słuchając mszy. Ćmią papierosy, od czasu do czasu uklękną na wezwanie księdza, rozmawiają o laskach i samochodach, czasem o sporcie, a potem jadą do domu. Nie wiem, czy któryś z nich słyszał kiedykolwiek, że należy kochać bliźniego, a nie traktować go jak coś, co przykleiło się do podeszwy buta.
Warto zwrócić uwagę na ich wyobraźnię, która potrafi zadziwić człowieka. Podczas jednej z rozrób w dyskotece Enigma zjawiły się Byczki. Gdy usłyszeli, że biją Rawę, rzucili się od ataku. Wielki Byczek podszedł do baru i wyciągnął skrzynkę piwa, a potem rzucił stówę na blat i powiedział oniemiałemu barmanowi, żeby zatrzymał resztę. Następnie udał się do wyjścia i spokojnie czekał. Z lokalu wybiegali co chwila ludzie, a on spokojnie wypatrywał obcych. Gdy zjawiał się nieznajomy, rozbijał mu butelkę na głowie, a szkło pomieszane z piwem rozpryskiwało się na wszystkie strony.
Najbardziej chamskie są „podjazdy”. Wystarczy, że ktoś z innej miejscowości dostanie oklep, a można liczyć na to, że zjawi się niedługo drużyna przeciwna, pałająca żądzą zemsty. Pewnego razu o mało sam nie stałem się ofiarą takiej vendetty, ale udało mi się zbiec. Kilku kolesiów z sąsiedniej wsi przyjechało, aby wyrównać rachunki z Rawą. Nie chodziło o to, żeby znaleźć i ukarać winnego. Po prostu jeździli samochodem po okolicy i napadali na Bogu ducha winnych chłopaków, którzy mieli pecha, znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Oczywiście, Rawa potem zrobiła rewanż.
Sławny był zwłaszcza podjazd w Domielonej. Na hali szkolnej grała spora grupa chłopaków z Domielonej i Rawy. Niespodziewanie zjawili się czterej kolesie w kominiarkach i dosłownie porwali jednego z graczy. W zdumiewająco krótkim czasie zorganizowano ekipę ratunkową, która ruszyła w pościg. Jak się okazało, nie musieli jechać daleko, gdyż pechowi porywacze stali w korku. Grupa ratunkowa wyskoczyła z samochodu i dorwała się do wrogiego pojazdu. Najpierw siłą otworzyli bagażnik i wyciągnęli swojego towarzysza, a potem próbowali się dostać do swoich wrogów zamkniętych szczelnie w swoim samochodzie. Zaczęli kopać, walić i tłuc szyby, i karoserię, urwali lusterka i wycieraczki. Zdemolowali wóz, który odjechał z piskiem opon, gdy zrobiło się trochę wolnego miejsca. Świadkowie brawurowej akcji ratunkowej przyglądali się całej sytuacji oniemiali.
Honor Południa
Czy wszyscy z nich są barbarzyńskimi hipokrytami? Nie, zdecydowanie nie. Mój dobry przyjaciel, Pędzel, był uważany za największego bitnika w naszym liceum. Obdarzony siłą, wytrzymałością i odwagą, budził w nas szacunek swoją uczciwością i honorem.
Chłopaki z klasy zawsze trzymały się razem, choć ja najbardziej lubiłem Adiego i Pędzla, którzy potrafili się kłócić godzinami, dostarczając nam kupę dobrej zabawy. Ja ani Adi nie należeliśmy bezpośrednio do tego „świata”. Fajnie słucha się takich przygód o walkach, podjazdach i ustawkach, ale w rzeczywistości nie jest tak kolorowo, gdy stajesz naprzeciwko jakiegoś pustogłowego dresa, który planuje ci połamać wszystkie kości. Poza tym można zrobić komuś nieodwracalną krzywdę, a żadnemu z nas nie pasowało, zrobienie z jakiegoś tłuka kaleki. Ale Pędzel był inny od nas. Co prawda nie prowokował bezpośrednio nikogo, ale jego sylwetka i sposób bycia, działały na niektórych jak czerwona płachta na byka, więc zaliczył w swoim życiu wiele bójek.
Przez nauczycieli był uważany za tego „gorszego”, łobuza, rozrabiakę i lenia. No troszkę leniwy był, ale bez przesady. Niczego nie demolował, nie napadał w grupie na nikogo, nie kradł, nie przeklinał nadmiernie (chyba najmniej z nas wszystkich). Ale wiadomo, że wystarczy nakleić komuś etykietkę, a ludzie i tak będą mu przypisywać pewne cechy. Bardzo niesłusznie z resztą. Wielu chłopaków - tych „lepszych” - nie było wcale uczciwych. Potrafili obgadywać cię za plecami, oszukać pieniężnie (niektórzy ludzie nazywają to „kradzieżą”) - pieprzeni hipokryci. Przed nauczycielami paradowali z wysuniętą piersią, a jednocześnie najbardziej na nich jechali, gdy odwracali wzrok. Pędzel miał swoje wady, czasem jakieś odchyły, ale był w porządku. Zawsze oddawał kasę, często stawiał piwo i można było liczyć na jego szczerość, choć czasami graniczyła ona z chamstwem. Potrafił nawrzucać przyjacielowi od sk**wysynów, ale gdy przyszło co do czego, to nie bał się postawić za nami, choćby miał potem wyglądać jak przejechana żaba.
Siedzieliśmy kiedyś u Zielonego i bawiliśmy się dobrze. Poszedłem zamówić stół bilardowy, przy którym grali moi znajomi z gimnazjum. Powiedzieli mi, że skończą partię i oddadzą nam stół, więc powiedziałem „okey” i wróciłem. Ale czekamy i czekamy, a oni grają nadal. Wreszcie nasz kumpel Tomasz, zauważył, że tamci podkupują żetony od barmanki i łamią zawartą umowę. Tomasz zwrócił się do Pędzla, bo sam nie chciał startować do tamtych. Pędzel podszedł do nich, jeden chował się za drugim ze strachu (przy nas takich kozaków strugali, chodzili tak, jakby nosili pod ramionami telewizory), i powiedział, że tym razem jeszcze im odpuści, ale jeśli się to powtórzy, to wyjdą na zewnątrz i załatwią sprawę w o wiele mniej humanitarny sposób. Szybko skończyli i uciekli z lokalu.
***
Gdy wróciłem do domu, brat wytłumaczył mi, o co chodziło z nagusem, biegającym po okolicy. Okazał się nim chłopak z Rawy Niższej, niejaki Dumas, który stał się ofiarą jednej z legendarnych już form podjazdów. Został porwany wprost z ulicy i wrzucony do bagażnika samochodu przez ekipę z Barki Ustroju, chcącej się zemścić za niedawny najazd pałkarzy u Zielonego. Wywieziono go do lasu, rozebrano do naga i przywiązano do drzewa. Biedny Dumas spędził pół nocy na wyswobodzeniu się z więzów - potem doznał uszczerbku na honorze, gdy przemykał w stroju Adama, wracając do swojego domu.
Mógłbym opowiadać i opowiadać, ale chyba skończę. Tak płyną dni Południa…
Komentarz autora:
Nazwy miejscowości, imiona, pseudonimy są fikcyjne - wydarzenia autentyczne. Tekst napisany przy konsultacji z moim bratem i najlepszym przyjacielem, Adim. Stylizowałem język na typowego 17-latka, którym byłem spory czas temu.