Dodano: 04 maja 2010 r., 19:17:07
Ostatnia aktualizacja: 04 maja 2010 r., 19:26:35
Wspinaczka na wulkaniczny szczyt, po błogosławieństwo
Egzystując przez dłuższy okres czasu w kraju kwitnącej Wiśni nie można odpuścić sobie wejścia na nadal czynny, aczkolwiek z niewielkim prawdopodobieństwem erupcji wulkan. Przynajmniej tak mówią tubylcy. Wulkan ten, a raczej góra licząca 3776 metrów n.p.m. leży na południowy zachód od stolicy Japonii - TOKYO.
Trzeba powiedzieć, że tym, czym dla polskich katolików jest Jasna Góra w Częstochowie, tym dla Japończyków - wyznawców Shinto jest święta góra FUJI-SAN. Nie pomijając oczywiście omawianego wcześniej miasta
KAMAKURA. Jeśli myślicie, że wejście na nią jest proste i można to zrobić ot tak sobie, to jesteście w błędzie, jakże wielkim błędzie. Ale do rzeczy. Pierwsze, co może Was zaskoczyć to wchodzenie na górę nocą, a nie za dnia. Sytuacja ta związana jest z wierzeniami wyznawców Shinto. Celem każdego z nich jest zobaczenie wschodu słońca na szczycie góry, co jest właśnie oznaką namaszczenia, oczyszczenia i spełnienia religijnego. Mówi się, że każdy wierzący Japończyk przynajmniej raz w życiu musi wejść na tę górę, więc ja również musiałem, choć wierzący nie jestem. No może inaczej, a raczej w ogóle.
Góra, jako że powstała poprzez erupcję wulkaniczną nie jest stroma. Wchodzić jednak jest bardzo trudno. Jeśli chodziliście kiedyś po piasku na plaży czy też tym znajdującym się w osiedlowej piaskownicy, wiecie, o czym mówię. Spróbujcie wchodzić po takim podłożu na wysokość 3776 metrów. Tragedia, niemniej jednak warto, bo widok jest przedni. Ktoś podobno obliczył, że góra rokrocznie maleje o 100 cm. Właśnie, dlatego że zbudowana jest ze szlaki wulkanicznej. Śladowe ilości turystów i tysiące wierzących robi swoje. Jedni świadomie (czyt. turyści zbieracze-kolekcjonerzy), a inni nieświadomie (czyt. wierzący w butach) zabierają szlakę ze sobą, do swoich domów. Ja w swoich mam ją do dziś i nie tylko w nich.
Czas opowiedzieć Wam jak cała wspinaczka wyglądała. Pomimo że góra liczy sobie 3776 metrów wdrapywanie rozpoczyna się na
wysokości 2000 metrów. Mogę Was jednak zapewnić, że pokonanie pozostałych 1776 metrów nie jest łatwe. Po przejściu tego odcinka byłem bardziej zmęczony niż po wejściu na ZAWRAT w naszych TATRACH. Pewnie zapytacie, dlaczego? Ano, dlatego że na ZAWRAT wchodziłem w dzień, a nie w nocy. Temperatura była powyżej dziesięciu stopni, a nie bliska zera. Dodam, że wspinaczka odbywała się w lipcu. I co najważniejsze na FUJI-SAN-ie jest jeszcze wszędobylska szlaka, która niczym daniele w
KYOTO wejdzie do buta, nawet przez najmniejszą szczelinę. Nie mówiąc już o tym, że idzie się po niej bardzo trudno i powooooooooooooooli. Oczywiście wejście można zacząć niżej, ale celem jest namaszczenie (wschód słońca), a nie spędzenie dwóch dni na pokonanie całej wysokości. Na górę wiedzie kilka ścieżek. Z tego, co słyszałem wszystkie są męczące i długie. Ta nasza również taka właśnie była.
Na wspomnianą wysokość 2000 metrów dojechać można autobusem, co też uczyniliśmy. Jeżeli mnie pamięć nie myli, było nas dziewięciu śmiałków i jedna śmiałka-kobiałka (znaczy się kobieta). Byliśmy zwarci i gotowi już od godziny 20.00. Czekaliśmy ze startem do godziny 23.00. Aby wejść na sam szczyt potrzeba sześciu godzin. Cały problem w tym, że spóźnić się nie można, bo nici z namaszczenia wschodem słońca.
Góra podzielona jest na tzw. stacje, na których można przespać się, kupić coś do jedzenia i picia. Oczywiście najważniejsze – puszki z tlenem. Tak tak, nam na szczęście nie były potrzebne, ale Samuraje kupowali je nagminnie. Zadawałem sobie pytanie jak tak kruchy naród mógł zbudować taką potęgę gospodarczą. No i mnie oświeciło. Oni po prostu używali innych mięśni. Dokładnie mięśnia znanego ogółowi jako mózg. No dobra powiem wprost zwyczajnie im zazdroszczę, ale to temat na inny artykuł. Stacje były rozmieszczone, co 250 metrów. Ostatnia 100 metrów przed samym szczytem.
Wracając do wspinaczki. Pierwsze 700 metrów pokonaliśmy w dwie godziny. Nie wiem czy to szybko czy też nie. Z czysto matematycznej kalkulacji wynikało, że jeśli 700 metrów pokonaliśmy w dwie, to następne 1076 metrów możemy pokonać w trzy. Z zapasem, góra cztery godziny, by nie spóźnić się na wschód słońca. Dlatego też o godzinie 1.00 położyliśmy się spać na pierwszej stacji. Temperatura zero stopni Celsjusza. Noc, spanie na deskach, bez śpiworów. Istny obóz przetrwania. Nie polecam, nie wiem czy spałem więcej niż 15 minut. No, ale „wypoczynek” się należał, aby naładować baterie na kolejne metry.
Chyba jednak nikt się nie spodziewał, że kolejne 1076 metrów będzie aż tak ciężką przeprawą i zmuszeni będziemy wzajemnie się dopingować, aby dotrzeć na szczyt i zobaczyć nagrodę w postaci wschodu słońca. Tyle zachodu dla wschodu, wariaci można pomyśleć.
Nie wiem czy próbowaliście czegoś podobnego? Grunt pod nogami, który z każdym krokiem osuwa się spod stóp. Miałem wrażenie, że stoję w miejscu, pomimo że przebierałem swoimi przeszczepami. Po przejściu następnych 250 metrów ustaliliśmy, że nie będzie już żadnych postojów. To mogłoby spowodować, że dotarlibyśmy na szczyt po wschodzie słońca. I tak jeden za drugim, gęsiego zmuszaliśmy się, by iść dalej. Naprawdę nieźle nam szło. Patrząc na Samurajów i Geishe, ich puszki z tlenem i to jak byli przygotowani, my gajdżiny-żóltodzioby prezentowaliśmy się nad wyraz dobrze. Byliśmy do tego stopnia skupieni na wzajemnym wspieraniu, że wpadliśmy w małą panikę, gdy zorientowaliśmy się, iż noc zaczyna nas opuszczać. Według wskazań na stacjach zostało nam jedyne 76 metrów do pokonania, by znaleźć się na szczycie. Spokojnie przygotować się (czyt. znaleźć miejsce) na rozkoszowanie się japońskim namaszczającym wschodem słońca.
Dotarliśmy na szczyt przed czasem, pomimo zmęczenia, zimna i stresu. Mogliśmy spokojnie znaleźć miejsce, ogrzać nasze zgrabiałe kości i przygotować aparaty, aby nacieszyć się całym procesem budzenia dnia. Na całe szczęście nikt aparatu nie zapomniał. To byłaby katastrofa.
To, co zobaczyłem/zobaczyliśmy koło godziny 5.30 przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie zapomnę tego wschodu słońca na wysokości 3776 metrów. Nic nie może się równać z tym zjawiskiem. No może skok na bungee z mostu w Dubrovniku (Chorwacja). Zresztą zobaczcie
sami. Zdjęcie jednak nie oddaje tego, co widziały moje gały.
Po zakończeniu rozkoszy wizualnych i cielesnych związanych z pochłanianiem promieni słońca zwiedziliśmy sam szczyt. Pomimo że słońce świeciło, temperatura oscylowała w okolicach pięciu stopni Celsjusza. Do tego jeszcze wiejący wiatr. Cała nasza wyprawa odbywała się w lipcu, czyli w lecie, jak wcześniej wspomniałem. Zobaczcie jak się ubierają
profesjonaliści, gdy wybierają się na 3776 metrów. Centrum góry to wielka dziura. Dlatego też przez niektórych nazywana jest FUJI-JAMA, gdzie JAMA w języku japońskim znaczy dziura. Japończycy jednak nie lubią tej nazwy. Chociaż tak jak w przypadku HARAKIRI (poprawnie SEPPUKU) wiedzą, o czym mowa.
Dziura krateru, który znajduje się w centrum góry ma średnicę 600 metrów.
Na szczycie można poczuć się jak na Marsie. Krajobraz, szczególnie podłoże przypomina obrazy z tej właśnie planety.
Szlaka ma różne kolory. Począwszy od czarnego, przez brunatny, bordowy, a kończąc na żółtym. Coś pięknego. Jednym z ciekawszych elementów pobytu na szczycie jest fakt, że cały czas świeci tam słońce. Powiecie, że nie ma w tym nic dziwnego. Wręcz przeciwnie. Słońce cały czas jest widoczne, dlatego że znajduje się ponad chmurami. Nic nie jest w stanie go zasłonić. Chmury sięgają tylko na wysokość 2500 metrów. Daje to niesamowity
efekt wizualny.
Ciężko było się nam rozstawać ze świętą górą. Wreszcie sam z siebie w końcu się namaściłem i zrobiłem to z nieodpartą przyjemnością. Trzeba było jednak zbierać swoje rzeczy, wypstrykać filmy (tak film, w tym okresie cyfrowy aparat był rarytasem) i załadować nowy, by porobić kilka fotek z samego
zejścia. Fakt, że góra zbudowana jest ze szlaki powodował, iż zejście było o wiele przyjemniejsze niż wejście. Co więcej, w dzień wraz ze schodzeniem wzrastała temperatura. Gdyby tak zaopatrzyć się jeszcze w narty lub snowboard spokojnie można by
zjechać po szlace na sam dół.
Po dotarciu na wysokość 2000 metrów, czyli do miejsca, gdzie startowaliśmy poprzedniego wieczora byliśmy z siebie niezmiernie dumni. Pomimo zmęczenia, bólu, zimna i nieprzespanej nocy dotarliśmy na szczyt i co najważniejsze wróciliśmy. Jeśli chodzi o wszędobylską szlakę, wysypywałem ją z butów długo, nawet jeszcze po powrocie do Polski. Czyli ja również przyczyniłem się do zabrania corocznej ilości i zmniejszenia wysokości góry FUJI-SAN. Śmiało mogliśmy powtórzyć słowa wypowiedziane kiedyś przez Aleksandra Wielkiego: VENI – VIDI - VICI. Ilu jest w końcu Polaków, którzy ten szczyt zdobyli, którzy zostali namaszczeni na japońskiej ziemi? chyba niewielu?! Na dodatek, nie chwaląc się zrobiłem to dwukrotnie: wdrapując się na FUJI SAN i udając się do miasta - KAMAKURA. Nawet w Częstochowie nie byłem dwa razy. Zatem czy stałem się już Shintoistą?
Teraz i Wy możecie się czuć zdobywcami, jak również Shintoistami.
Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie to zapraszam na mojego
bloga.
W KOLEJNEJ, JUŻ OSTATNIEJ ODSŁONIE NIESTETY, A MOŻE STETY PRZECZYTACIE O RZECZACH, KTÓRE NIE ZOSTAŁY UJĘTE W POPRZEDNICH ODSŁONACH, A O KTÓRYCH WARTO POWIEDZIEĆ. Z PROSTEGO WZGLĘDU, SŁABEJ PAMIĘCI AUTORA.