Dodano: 04 sierpnia 2010 r., 21:56:21
Ostatnia aktualizacja: 04 sierpnia 2010 r., 21:56:21
"Dobre zmiany"
Media kipią od wczoraj „obroną krzyża” na Krakowskim Przedmieściu. Informacje, relacje z tych wydarzeń zalały Niagarą koślawości czołówki wszelkich najważniejszych w kraju dzienników prasowo-radiowo-telewizyjnych.
Owszem, jest dla mnie frustrujące i szokujące, zwłaszcza sekciarskie zabarwienie walk z naturalnym nakazem oddzielania czasu żałoby od zwykłej codzienności. Dodatkowo cierpię katusze, że nasza opozycja parlamentarna jest w tym ubabrana po uszy. Tym samym coraz mocniej umacniając swój obraz jako sekty. Jednak, żeby stanowiło to temat numer jeden wszystkich serwisów informacyjnych, wywindowany z taką swobodą nad wszystkie inne? Jak to się ma choćby do ostatniej próby materializacji „dobrych zmian”, które latami były snute przed Polakami, a których realizację zapowiadał nasz narodowy uwodziciel dopiero po oddaniu pełni władzy nad państwem w jego ręce?
Nie mogłem się wczoraj nadziwić informacji ekonomisty ze Szkoły Głównej Handlowej, jaka padła w odpowiedzi na rządowe plany „czasowej” podwyżki polskiej stawki VAT o jeden punkt procentowy i tak już przecież zaliczającej się do jednej z najwyższych na Starym Kontynencie. Otóż planowana podwyżka VAT ma wygenerować do budżetu państwa zaledwie 5 mld złotych, przy czym obecne zadłużenie Polski szacuje się na około 100 mld złotych! I wpadłem w osłupienie. Otwarcie przyznam, że przed poznaniem tych danych szacunkowych, słuchając słów Tuska, wyobrażałem sobie wpływy do budżetu z tytułu takiej „dobrej zmiany” i należy również dodać wg uzasadnienia mówcy – koniecznej zmiany, które zniwelują znacznie zadłużenie państwa. I taki stan rzeczy byłby jeszcze dla mnie do przełknięcia. Wtedy czułbym słuszność i sens sprawy. Jednak wobec powyższej prawdy, pozostaje mi tylko srogi zawód. Sprawiony nie tylko mnie przez liberalny rząd, który zaprzeczył sam sobie. Cała rzesza ekonomistów musi być bardziej zawiedziona ode mnie, że tam „na górze” arogancko i lekceważąco podchodzi się do ich zdania, ich kalkulacji. Zamiast zmniejszyć biurokrację, zlikwidować przywileje emerytalne mundurowych, sprywatyzować służbę zdrowia oraz sprzedać wszystkie państwowe nieruchomości rolne i rządowe ośrodki wczasowe ucieka się od odpowiedzialności, stosując od razu podnoszenie podatków. Tu drastycznie zaoszczędzić milion, tam dwa, i byle do następnych wyborów. Nie tędy droga, chyba że podąża się do socjalizmu państwowego.
Co z takiego ciułania i częściowego łatania budżetu państwa może dobrego wyniknąć? Co mi i moim rodakom może takie ciułactwo dać pozytywnego? Gdzie są w tym ukryte WYMIERNE profity dla nas wszystkich? Po co kolejna nieuzasadniona (bo będąca półśrodkiem) podwyżka paliwa, energii, artykułów spożywczych, sprzętu AGD itd.? Czemu wbija się nóż w plecy przedsiębiorcom, skazując ich oraz odbiorców ich usług i nabywców ich towarów na kolejne wyrzeczenia? Nieważne czy te wyrzeczenia są małe czy duże. Ważne, że są to kolejne nie fajne dolegliwości, dokładane obywatelom po wyborach na „dzień dobry” przez państwo. Przecież sam koszt obsługi długu publicznego waha się w okolicach 35 mld złotych. Dlatego, co nam będzie z tych 5 baniek? Zwłaszcza, że należy spodziewać się w niedługim czasie wzrostu stóp procentowych, a każdy wzrost tego miernika o punkt procentowy to następne co najmniej 6 mld złotych na obsługę tego długu. Dlatego konieczne są gruntowne reformy, a nie decyzje polityczne takie jak podniesienie podstawowej stawki VAT i asekuracyjne – tracące populizmem – wciskanie ludziom „ciemnoty”, że koniec końców nie wzrosną ceny żywności. Taka decyzja nie ma z ekonomią nic wspólnego.
Planowana podwyżka VAT-u i inne ostatnie znakomite pomysły Tuska na łatanie „dziury budżetowej” nie powinny być przykrywane płaszczykiem społecznych tematów zastępczych, nie powinny schodzić na drugi plan. Otóż nagle okazało się, że liberalni z Platformy Obywatelskiej odwracają się plecami do własnego programu. Po miesiącach (latach) zapowiedzi, nagle, w jednym tygodniu zmienia się ich gospodarczy punkt widzenia o 180 stopni i summa summarum wychodzi na to, że wielkie reformy byłyby zbyt radykalnym rozwiązaniem. Chcą elegancko i z gracją wtłoczyć w świadomość społeczeństwa polskiego jedynie słuszną ideę środka czy też ideę półśrodków, byle tylko utrzymać władzę. Mamiąc naród chęcią dalszego utrzymania rozwoju gospodarczego (przecież nasz ukochany przywódca nie powie wprost, że chęcią utrzymania władzy…) zaczęli podejmować w tym zakresie decyzje ekonomicznie niedorzeczne, nie mające z liberalizmem gospodarczym nic wspólnego. Wszystkie te rzeczy będą ciążyć polskiej gospodarce. Czy następnym posunięciem wszechwładnie nam rządzących będzie podwyższenie składki rentowej i de facto jeszcze większe opodatkowanie pracy niemal do granic absurdu? Właśnie na tym mają i miałyby polegać te „dobre zmiany”? W warunkach polskiej demokracji medialnej, uwodzicielowi bez problemu takie „cuda” uda się przeforsować i co więcej uda mu się je przykryć grubą czapką, unikając zarazem szczerych, racjonalnych ekonomicznie odpowiedzi, których może nie potrafiłby udzielić – a to z racji swojego historycznego wykształcenia.
Komentarz autora:
źródło: fot. picapp.com