Dodano: 18 grudnia 2009 r., 23:49:11
Ostatnia aktualizacja: 19 grudnia 2009 r., 12:41:18
Brak znajomości angielskiego czy ewidentne nabijanie w butlę
źródło: www.projectoutlet.org
OUTLET, cóż to za marka? - pytam mojej małżowiny (czyt. żony), mijając sklep o tej nazwie.
Marka, ale wymyśliłeś, to nie specyficzna marka - małżowina odpowiada uśmiechając się do mnie, by nie powiedzieć śmiejąc się ze mnie. OUTLET to sklepy, w których można kupić produkty ze skazą, wadami lub są końcówkami serii, za tanie pieniądze - dodaje.
Jako że jestem wierzącym inaczej, można by rzec wątpiącym Tomaszem, musiałem sięgnąć do większej ilości wiadomości, by zaspokoić swój darwinowski głód wiedzy. Przynajmniej w tym temacie.
Na początek może przytoczę tłumaczenie słowa OUTLET, bo pewnie, jak większość z Was się domyśla słowo pochodzi z języka angielskiego, a nie polskiego, nie jest też nazwą specyficznej marki. Nie wszyscy mogą o tym wiedzieć, ja nie wiedziałem, więc nie jest to pokaz mojej próżności czy też braku szacunku dla inteligencji czytających.
OUTLET
1. wylot, otwór wylotowy, ujście (w wentylacji), wypust (elektryka); 2. rynek zbytu (ekonomia); 3. detaliczny (USA) [zapamiętajcie tłumaczenie nr 2 i przede wszystkim nr 3]
Internet, aktualna encyklopedia wiedzy powszechnej i tym razem zdała swój egzamin ze swojego istnienia. To, co znalazłem jednak mnie lekko zdziwiło. Mam nadzieję, że jest to prawda.
Sklepy outletowskie powstały, jak wszystko co najlepsze w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Rzeczywiście, tak jak mówiła moja małżowina, sprzedawały markowe produkty. Same w sobie jednak nie były jakąś specyficzną marką, jak myślałem. A dlaczego, ano, dlatego że wszystkie powstawały przy fabrykach, które dany produkt i markę produkowały. Z tego, co wyczytałem rosły jak na drożdżach. Powodem popularności był fakt, że oferowały produkty detaliczne po cenach hurtowych. Taka właśnie idea przyświecała sklepom outletowskim w Stanach i okazało się, że małżowina racji nie miała.
A w Europie (czyt. Polska) i tu okazuje się, że moja małżowina rację miała, zresztą „nihil novi” i „chapeux bas” za moje zwątpienie w jej wiedzę, sklepy outletowskie oferują nieco inne warunki sprzedaży. W naszym kraju różnią się od tych w Stanach tym, że nie są sklepami usytuowanymi przy fabrykach. Jest jeszcze jedna różnica, może bardziej interesująca, a związana jest ona z tym, że w Polsce sklepy te oferują towary po niższych cenach, aczkolwiek są towarami, które posiadają skazy i drobne wady, jak również są końcówkami kolekcji lub też kolekcjami z lat poprzednich. To chyba nieco inaczej niż sklepy w Stanach, które oferują towar w pełni wartościowy za cenę hurtową, a nie detaliczną. W moich poszukiwaniach dotarłem również do takich sklepów OUTLETOWSKICH w Polsce, które nie sprzedają pojedynczych sztuk, co mnie bardzo zdziwiło. Zakup będzie możliwy, gdy kwota przekroczy 500 pln. Jestem w stanie to zrozumieć w przypadku sprzętu AGD czy TV, bo cena takich towarów z reguły przekracza wspomnianą kwotę, ale w przypadku ubrań to chyba niesprawiedliwe. I gdzie tutaj idea OUTLETU (trzecie tłumaczenie słowa, czyli DETALICZNY)? Dla mnie detal to jeden produkt, np. jedna para skarpetek, a nie od razu cała kupa, powiedzmy jedna para za 5 zł, to musiałbym kupić 100 par, by spełnić wymagania tychże sklepów. A gdzie tu jeszcze znalezione zostało, że OUTLET znaczy wadliwy, skażony skazami, patrząc na oferowane produkty? Albo ktoś używał specyficznego słownika do tłumaczenia wspomnianego słowa albo i to jest bardziej prawdopodobne wykorzystuje sytuację, by zarobić na przysłowiowym Kowalskim.
Swoją drogą to jak powinien nazywać się taki sklep w języku polskim. Zastanawiałem się nad tym ze swoimi kolegami w pracy, w czasie spożywania, tak myśleliście, że alkoholu, a ja napisałem przecież spożywania w pracy, a nie w czasie imprezy, a więc w czasie spożywania, ale kawy. Doszliśmy do ciekawych konkluzji, ponieważ jeden z moich kolegów był mocno zafrapowany angielską nazwą i brał w obronę szarych Kowalskich, którzy niekoniecznie angielski język znać muszą. Przyznać mu trzeba rację. W czasie dysputy padały takie słowa jak: końcówka, wylot, wylotówka, ujście, wypust, upust i nijak nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego słowa, by w prosty i zrozumiały sposób odzwierciedlić sens istnienia sklepu. A czy wy jesteście w stanie?
Polskie OUTLETY przypominają mi sytuację ze sprzedażą samochodów. Za cenę samochodu z przysłowiową golizną w Polsce, na zachodzie kupimy samochód wyposażony w luksusy. To, co na zachodzie jest standardem u nas jest luksusem, no i „vice versa”. I nie ma w tym przesady.
Jak widać, tak samo jest w przypadku opisywanych przeze mnie OUTLETÓW. OUTLET OUTLETOWI nierówny, a Polak jak był nabijany w butelkę, tak nabijany nadal będzie.
Byłbym jednak niesprawiedliwy mówiąc, że to źle, iż polskie OUTLETY oferują towary ze skazami, wadami i końcówki serii. To dobrze, aczkolwiek nie powinno się ich nazywać OUTLETAMI. Nie sądzicie? Ja sam, jeśli już wejdę do takiego sklepu będę miał świadomość, że nabijany w butelkę jestem, a nie, że sklep OUTLET (czyt. właściciel) jest tak dobroduszny i odda mi towar za bezcen.
I niech mi ktoś powie, że Internet to strata czasu. Umiejętnie wykorzystany może być atomową bronią przeciwko nabijaniu w butelkę przysłowiowego Kowalskiego. Pytanie tylko czy to, co znajdziemy jest prawdą? Taka mała dygresja na zakończenie.
Informacje na temat amerykańskiej sieci Outletów znajdziecie tutaj Komentarz autora:
Informacje na których oparłem swój felieton znalazłem w internecie mając nadzieję, że są wiarygodne w przypadku sklepów outletowych w USA. Jeśli chodzi o te polskie, to sprawdzone i potwierdzone.