Dodano: 16 czerwca 2009 r., 17:03:57
Ostatnia aktualizacja: 28 lutego 2010 r., 14:13:43
Black Eyed Peas i najgorsza płyta w historii grupy
W ubiegłym tygodniu swoją światową premierę miała nowa płyta amerykańskiej formacji The Black Eyed Peas zatytułowana "The E.N.D. (Energy Never Dies)". Czy krążek ten jest końcem nudy w muzyce i niekończącym się źródłem tanecznej energii na wakacyjny czas? Postaram się odpowiedzieć na to pytania już teraz.
Nigdy przed Wami nie ukrywałem, że The Black Eyed Peas to jedna z moich ulubionych kapel. Ich dwie pierwsze płyty, wydane jeszcze tak naprawdę na początku mojej przygody z muzyką (1998 i 2000 rok), zmiotły mnie z powierzchni ziemi. Panowie robili super rzeczy, nie kłaniając się przy tym kulom w postaci komercyjnych potrzeb, jakie wysuwał w ich stronę muzyczny rynek. Potem do składu dołączyła Fergie i się spieprzyło. Tak to jest - <I>wszystko co złe przez te baby! No dobra, może nie wszystko, bo swoje dołożył także Will.I.Am. - lider i człowiek odpowiedzialny za brzmienie albumów w jednym. To jego produkcje z płyty na płytę stają się coraz mniej, może nie tyle hip-hopowe, co <I>"czarne". O ile <I>"Elephunk" (2003 rok) ma w sobie jeszcze coś z początków grupy, tak <I>"Monkey Business"</I> (2005 rok) i nowa płyta są tak beznadziejne, że pasują do nich słowa <I>"mniej niż zero" śpiewane przez Janka Panasewicza.
Nie wiem czy ten tekst będzie można uznać za pełnoprawną recenzję, bowiem płytę <I>"The E.N.D. (Energy Never Dies)" zdołałem przesłuchać do połowy, a konkretnie do utworu <I>"Ring-a-Ling", który to jest 8. z 15. premierowych numerów, jakie wchodzą w skład krążka. Dalej po prostu nie mogłem zdzierżyć dźwięków, które wydobywały się z głośników. Nie wiem, ale w tym momencie powinienem chyba przeprosić właśnie mój sprzęt audio za to, że odtwarzałem w nim taki <I>shit. Słowo <I>przepraszam</I> należy się także moim sąsiadom z bloku, którzy nie są przyzwyczajeni do tak niskiego poziomu muzyki, którą słychać z mojego mieszkania.
Jednak w piersi bić powinny się przede wszystkim <I>Czarnookie Fasolki, które zaprezentowały się na piątym studyjnym krążku od tej najgorszej strony (żeby nie pisać <I>"od dupy strony"</I>). Jest tak słabo, że sam nawet nie wiem o czym tu pisać. O ile singlowe <I>"Boom Boom Pow"</I> przed kilkoma tygodniami dawało się jeszcze słuchać, tak dzisiaj nie ma o tym mowy. Piosenka jest już nieświeża, po prostu przejadała się. Reszta? <I>"Reszta jest milczeniem"</I> jak w <I>"Hamlecie"</I>. Fergie brzmi jak wysamplowana wokalistka z płyt podrzędnych dj’i dance/techno, męska część grupy chorobliwie używa natomiast autotune’a.
Za BEP przemawia jedynie fakt, że chcieli zapewne nagrać krążek taneczny i pełen energii, z którego piosenki idealnie pasować będą na wakacyjne imprezy. I tak rzeczywiści jest. <I>"The E.N.D. (Energy Never Dies)"</I>, jak wskazuje sam tytuł, to spora dawka muzyki, która powinna nam towarzyszyć na parkiecie, plaży, w domu i przy grillu. Jednak to tylko kropla, nawet nie w morzu, ale wśród piasków pustyni, która wsiąka w nie dosłownie w mgnieniu oka. Tak też szybko zapominamy o tym pozytywnym aspekcie płyty, będącej najgorszą pozycją w dyskografii kalifornijskiego składu.